
Rysa na liczydle to jeszcze nie kradzież gazu
O tym, kiedy dostawca może naliczyć opłatę za nielegalny pobór paliwa gazowego — i kiedy nie może
Wyobraźmy sobie zwyczajny sierpniowy poranek. Pod dom podjeżdża samochód gazowni, trzech monterów otwiera skrzynkę z gazomierzami na elewacji i informuje domowników, że wymieniają licznik. Po wszystkim jeden z nich podsuwa gospodyni dokument do podpisu, a gdy ta szuka okularów, uspokaja ją, że to tylko potwierdzenie wymiany i nie ma potrzeby go czytać. Trzy miesiące później w skrzynce pocztowej leży pismo o „stwierdzeniu nielegalnego poboru gazu”, ekspertyza zdjętego gazomierza i nota obciążeniowa na blisko 31 tysięcy złotych. Tak zaczęła się sprawa, którą prowadziłam w imieniu małżeństwa z Poznania i która przez ponad trzy lata przechodziła przez kolejne etapy: reklamację, nakaz zapłaty, sprzeciw, opinię biegłego sądowego, wyrok i apelację. Opisuję ją, oczywiście w sposób anonimowy, bo dobrze pokazuje, jak działa jeden z najbardziej dotkliwych dla odbiorców przepisów prawa energetycznego — i gdzie przebiegają jego granice.
Podstawą roszczeń dostawców jest art. 57 ust. 1 ustawy — Prawo energetyczne
Przepis ten stanowi, że w przypadku nielegalnego pobierania paliw lub energii przedsiębiorstwo energetyczne może pobierać od podmiotu nielegalnie pobierającego paliwo lub energię opłatę w wysokości określonej w taryfie albo dochodzić odszkodowania na zasadach ogólnych, chyba że nielegalne pobieranie wynikało z wyłącznej winy osoby trzeciej, za którą odbiorca nie ponosi odpowiedzialności. Na pierwszy rzut oka to rozwiązanie bardzo korzystne dla dostawcy. Opłata taryfowa ma charakter ryczałtowy: jest wyliczana według stawek z taryfy i odgórnie przyjętych założeń co do zużycia, a nie według rzeczywiście poniesionej szkody, dlatego łatwo osiąga kwoty rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych. Odpowiedzialność odbiorcy ma przy tym charakter obiektywny — nie trzeba mu przypisywać winy, a jedyną drogą ucieczki jest wykazanie wyłącznej winy osoby trzeciej, co w praktyce bywa niezwykle trudne. Nic dziwnego, że w wielu sprawach przedsiębiorstwa zachowują się tak, jakby samo stwierdzenie śladów na liczniku przesądzało o wyniku sporu.
Kluczowe jest jednak to, co ustawa rozumie przez „nielegalne pobieranie”
Definicję zawiera art. 3 pkt 18 Prawa energetycznego: chodzi o pobieranie paliw lub energii bez zawarcia umowy, z całkowitym albo częściowym pominięciem układu pomiarowo-rozliczeniowego lub poprzez ingerencję w ten układ, mającą wpływ na zafałszowanie pomiarów dokonywanych przez układ pomiarowo-rozliczeniowy. Ostatni fragment tej definicji jest w sporach o gazomierze absolutnie zasadniczy. Ustawodawca nie sankcjonuje samej ingerencji w licznik, lecz ingerencję, która rzeczywiście zafałszowała pomiar. Sąd Najwyższy w uchwale z 10 grudnia 2009 r. (III CZP 107/09, OSNC 2010/5/77) wyjaśnił, że przedsiębiorstwo energetyczne może obciążyć odbiorcę opłatą z art. 57 ust. 1 tylko wtedy, gdy paliwo lub energia zostały rzeczywiście pobrane. W ślad za tym sądy powszechne konsekwentnie wskazują, że niewystarczające jest udowodnienie, iż doszło do ingerencji w układ pomiarowo-rozliczeniowy — trzeba jeszcze wykazać, że ingerencja ta miała wpływ na zafałszowanie pomiarów (tak m.in. Sąd Okręgowy w Gdańsku w wyroku z 11 lutego 2015 r., III Ca 1017/14). Dopiero ustalenie tego podstawowego faktu otwiera drogę do surowej, obiektywnej odpowiedzialności odbiorcy i przerzuca na niego ciężar wykazania winy osoby trzeciej (por. wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 18 grudnia 2018 r., VII AGa 531/18). Do tego momentu obowiązuje zwykła reguła z art. 6 k.c.: kto twierdzi, że doszło do nielegalnego poboru, ten musi to udowodnić.
W naszej sprawie historia samego gazomierza okazała się ważniejsza niż ślady na jego obudowie
Licznik zamontowano w 2016 r. w piwnicy, do której dostęp mieli wyłącznie właściciele. Latem 2020 r. w budynku wykryto nieszczelność instalacji i zamknięto dopływ gazu. Za namową instalatora mieszkańcy zdecydowali się przenieść gazomierze do skrzynki na frontowej ścianie domu, kilka metrów od ulicy, za furtką, której nikt nie zamykał na klucz. Monterzy dostawcy zdemontowali liczniki i zabrali je ze sobą; przez kilkanaście dni urządzenie pozostawało poza nieruchomością, a przy ponownym montażu nikt nie opisał jego stanu technicznego. Mój klient zeznał, że monterzy dwukrotnie zdejmowali licznik i zanosili go do samochodu służbowego, bo „nie chciał zaskoczyć”. Następnie przez dwa lata inkasenci siedmiokrotnie, bez zapowiedzi, odczytywali wskazania i niczego niepokojącego nie zauważyli.
Ekspertyza zlecona przez dostawcę była bardziej niejednoznaczna, niż sugerowała nota obciążeniowa
Rzeczoznawca stwierdził, że plomba kontroli metrologicznej jest nienaruszona i stanowi jedną całość, a fabryczna plomba-wklejka nie nosi śladów odklejania. Podstawą zarzutu były wgniecenia na styku szybki wizyjnej z obudową oraz wyłamane zaczepy szybki — przy czym z samej ekspertyzy wynikało, że obudowę podczas badania częściowo wyłamano, bo nie da się jej zdjąć w sposób nieinwazyjny. Nie ustalono więc, czy zaczepy uszkodzono przed badaniem, czy w jego trakcie. Biegły sądowy uznał wprawdzie, że ślady na bębenkach liczydła mogą wskazywać na próbę ich hamowania, a wyjęcia szybki mogła dokonać osoba dobrze znająca budowę liczydła, ale nie wskazał, kiedy do tego doszło, i przyznał wprost, że nie da się stwierdzić, czy do zafałszowania wskazań faktycznie doszło — można to jedynie domniemywać. Moi klienci nie mieli przy tym żadnej wiedzy technicznej, a wszystkie prace przy instalacji zawsze zlecali fachowcom.
Najmocniejszym argumentem okazały się jednak zwykłe liczby
Jeżeli ktoś przez dwa lata hamuje licznik, to po zamontowaniu nowego, sprawnego urządzenia zużycie powinno wyraźnie wzrosnąć — przecież od tej chwili liczony jest cały rzeczywisty pobór. Tymczasem z wyliczeń biegłego wynikało, że w okresie od sierpnia 2020 r. do lutego 2022 r., czyli pod rzekomo „zmanipulowanym” licznikiem, zużycie wyniosło 1.951 m³, a w analogicznym okresie po wymianie, od sierpnia 2022 r. do lutego 2024 r., już tylko 1.551 m³. Wcześniejszy spadek zużycia, który zapewne był powodem wytypowania klientów do kontroli, miał zresztą proste wyjaśnienie: w 2018 r. zlikwidowano kuchenkę gazową i przepływowy podgrzewacz wody, w 2020 r. wymieniono kocioł na nowoczesny dwufunkcyjny i zmodernizowano instalację centralnego ogrzewania, w domu działał piec na drewno, a zimy były coraz łagodniejsze. Do tego dochodziła elementarna logika — trudno uwierzyć, że ktoś planujący manipulacje przy liczniku przenosi go z zamkniętej piwnicy na frontową ścianę domu, na widok sąsiadów i przechodniów.
Domniemanie „is fecit, cui prodest” ma swoje granice
Dostawca budował swoją argumentację w gruncie rzeczy na założeniu, że skoro jedynym beneficjentem zaniżonych wskazań byłby odbiorca, to właśnie on musiał ingerować w licznik. Takie domniemanie faktyczne (art. 231 k.p.c.) może być w procesie użyteczne, ale tylko wtedy, gdy wynika z pewnych, ustalonych faktów. Jeżeli korzyść jest wątpliwa, bo zużycie po wymianie licznika nie wzrosło, a ingerencja wymagałaby specjalistycznej wiedzy, której odbiorca nie ma, oparcie rozstrzygnięcia wyłącznie na tym domniemaniu byłoby nadużyciem. Nie bez znaczenia była też postawa samego przedsiębiorstwa: sąd zobowiązał je do wskazania, jakie konkretnie dane o zużyciu stały się podstawą podejrzeń i czy wynagrodzenie kontrolerów zależy od liczby wykrytych przypadków nielegalnego poboru — i tego zobowiązania nie wykonano.
Wynik sprawy
Sąd Rejonowy oddalił powództwo w całości, podzielając stanowisko, że powódka nie wykazała, aby ingerencja w gazomierz miała wpływ na zafałszowanie pomiarów, a więc nie udowodniła samego faktu nielegalnego poboru. Dostawca wniósł apelację, zarzucając sądowi błędną ocenę dowodów i naruszenie art. 57 ust. 1 Prawa energetycznego. Sąd Okręgowy ku uciesze moich Klientów oddalił apelację.
Co z tej sprawy wynika dla odbiorców gazu i energii?
Przede wszystkim to, że nota obciążeniowa nie jest wyrokiem, a opłata za nielegalny pobór nie należy się automatycznie tylko dlatego, że na liczniku znaleziono rysę. Warto czytać każdy dokument przed podpisaniem, także wtedy, gdy monter zapewnia, że to formalność, bo protokół kontroli zawiera zwykle ustalenia co do liczby domowników, dostępu do licznika czy źródeł ogrzewania, które później wracają w procesie. Warto od razu złożyć reklamację i zażądać pełnej dokumentacji — kart montażu i demontażu gazomierza, protokołów wcześniejszych prac, zdjęć z ekspertyzy — a także zebrać historię zużycia z możliwie długiego okresu oraz dowody zmian w instalacji, które mogą tłumaczyć jego spadek. W sporze sądowym kluczowy bywa wniosek o dopuszczenie dowodu z opinii biegłego, z precyzyjnie sformułowanymi pytaniami o to, czy uszkodzenia w ogóle mogły wpłynąć na wskazania i kiedy mogły powstać. Trzeba też uczciwie powiedzieć, że gdy fakt nielegalnego poboru zostanie już udowodniony, obrona staje się bardzo trudna, bo odpowiedzialność odbiorcy nie zależy od winy. Tym większe znaczenie ma więc walka na pierwszym, dowodowym etapie — i przypominanie, że to na przedsiębiorstwie energetycznym, a nie na odbiorcy, spoczywa obowiązek wykazania, że paliwo zostało rzeczywiście pobrane z pominięciem pomiaru.